Kończy się czas, aby Niemcy wypłaciły polskim ofiarom II wojny światowej należne im odszkodowania (Opinia)

2026-10-25

Philipp Fritz, warszawski korespondent „ Die Welt (który jako pierwszy opublikował ten artykuł w języku niemieckim Tutaj)

Negocjacje w sprawie odszkodowań dla wciąż żyjących ofiar niemieckiej okupacji Polski trwają od lat. Takich ocalałych jest około 30 000–50 000, ale ich liczba maleje z każdym tygodniem. Berlin powinien działać teraz.

Nie pojawił się żaden „gest humanitarny”. „Projekt budżetu odzwierciedla obecnie fakt, że żadna decyzja nie została podjęta” – powiedział na konferencji prasowej pod koniec września Josef Hinterseher, rzecznik niemieckiego MSZ.

Potwierdził tym samym to, co podejrzewało wielu obserwatorów: ocaleni z obozów koncentracyjnych, gett i marszów śmierci, byli robotnicy przymusowi i uczestnicy Powstania Warszawskiego, którzy nadal mieszkają w Polsce, nie otrzymają od rządu niemieckiego żadnego odszkodowania, jednorazowej wypłaty ani miesięcznej emerytury.

Zaledwie kilka zdań później Hinterseher przeszedł do kolejnego tematu – faktu skreślenia z unijnej listy sankcyjnej dwóch rosyjskich oligarchów. A przynajmniej, że Berlinowi nie udało się przeciwstawić się tej decyzji.

Fakt, że te dwie kwestie zostały kolejno poruszone publicznie, pokazuje, że niemiecki rząd szybciej podejmuje decyzję, która ułatwia życie zwolennikom Putina niż ofiarom nazistowskiego terroru. To ogłoszenie moralnego bankructwa.

Warszawa i Berlin od lat negocjują odszkodowania dla ostatnich ofiar niemieckiej okupacji Polski. Jest ich od 30 000 do 50 000 – w wieku powyżej 90 lat, często mieszkających samotnie i w złym stanie zdrowia. Ich liczba maleje z każdym tygodniem.

Fakt, że rozmowy w ministerstwach Berlina toczą się, ale nie zapadają żadne decyzje, budzi w Polsce smutek i wściekłość.

Coraz częściej Polacy odnoszą wrażenie, że nawet jeśli Niemcom uda się postawić pomniki, to nie będą w stanie zapewnić ocalałym wymiernej pomocy, gdy się o nią poprosi. Powszechnie uważa się, że w Berlinie potomkowie sprawców po prostu czekają, aż ofiary umrą, aby ta irytująca kwestia sama się rozwiązała.

Jeśli tak się stanie, ci, którzy pozostali, nie zapomną, a Niemcy raczej nie będą mogli sobie wybaczyć.

Warszawa nie żąda już od Berlina reparacji wojennych. W grudniu 2023 r. rząd Donalda Tuska przeszedł na rozmowę o „zadośćuczynieniu”.

To nie tylko dzielenie włosa na czworo. Tusk w ten sposób postawił piłkę na nogi niemieckiego rządu, dając mu szansę na podjęcie działań i poprzez gest uznania cierpienia i przekazania stosunkowo niewielkiej sumy pieniędzy, zaoferowanie ludziom wymiernej pomocy i przysługę się relacjom niemiecko-polskim.

Według doniesień były kanclerz Niemiec Olaf Scholz zaoferował Tuskowi jednorazową wypłatę w 2024 r., ale polski premier odrzucił tę kwotę jako niewystarczającą. Zamiast tego polscy dyplomaci żądają miesięcznych emerytur.

W każdym razie mówimy o kilkuset milionach euro: to stosunkowo niewielka kwota w porównaniu z równowartością 1,3 biliona euro, jakiej domagała się niegdyś od Niemiec była rządząca w Polsce narodowo-konserwatywna partia Prawo i Sprawiedliwość (PiS), a także w porównaniu z wieloma innymi pozycjami budżetu – a mimo to w planowaniu budżetu nie ma mowy o rekompensatach.

Plotka głosi, że w zamian za odszkodowania urzędnicy niemieckiego MSZ proszą o swego rodzaju polską gwarancję, że w przyszłości nie będzie już żądań reparacji lub przynajmniej, że przynajmniej niemiecki gest spotka się z dobrą opinią w Polsce.

Jeśli to prawda, byłoby to całkowicie nieprzyzwoite i przywodziłoby na myśl obraz sprawcy próbującego kupić milczenie swojej ofiary. Odzwierciedla to wiarę w uprzedmiotowienie, brzydką biurokratyczną mentalność wywodzącą się z systemu, w którym „praca” w getcie wlicza się do ustawowych składek emerytalnych, ale nikt nie może zmusić się do wypłaty odszkodowania.

Ten problem można rozwiązać na samej górze. Kanclerz Friedrich Merz musiałby współpracować z odpowiednimi ministerstwami – Ministerstwem Spraw Zagranicznych i Ministerstwem Finansów – aby zapewnić w budżecie odszkodowania dla ofiar. Byłby to spóźniony, ale ważny i moralnie słuszny gest. Jeśli polityka jest zbyt powolna – czas naprawdę ma tu znaczenie – wówczas społeczeństwo obywatelskie powinno wziąć na siebie obowiązek pokazania, na czym stoi.

Wewnątrz społeczeństwa można tworzyć datki na rzecz wciąż żyjących ofiar niemieckiej tyranii lub fundusz, z którego ocaleni otrzymywaliby comiesięczne świadczenia. Biznes też może się zaangażować. Mogłyby dołożyć się do tego niemieckie korporacje, które dopuściły się np. wyzysku pracowników przymusowych w okupowanej Polsce lub te, które z nich wyrosły, jak BASF, Siemens, Volkswagen, BMW czy Deutsche Bank.

Obecnie, po wrześniowych wyborach stanowych, Niemcy sprawiają wrażenie kraju, którego kompas określający dobro i zło jest zepsuty.

Od 6 października w parlamencie kraju związkowego Saksonia-Anhalt wiceprzewodniczącym AfD jest Hans-Thomas Tillschneider, człowiek, który napisał w X, że „Polacy już od dawna działają mi na nerwy”. W Berlinie lewicowa Die Linke nie tylko świętowała swój sukces wyborczy wraz z hejterami Izraela i antysemitami, ale nawet tolerowała ich w swoich szeregach. To wstyd.

Ale teraz Niemcy, a zwłaszcza ich rząd, mają okazję pokazać, że retoryka odpowiedzialności za ofiary to nie tylko puste słowa. Że wbrew nastrojom, które temu nie sprzyjają, robią to, co jest moralnie słuszne. Czas ucieka, Niemcy – to twoja ostatnia szansa.

Anna Kowalski
Anna Kowalski
Jestem redaktorką naczelną Ukiel Magazine i od lat zajmuję się dziennikarstwem. W swojej pracy stawiam na rzetelność, przejrzystość i najwyższą jakość publikacji. Wierzę, że media powinny nie tylko informować, ale także inspirować do refleksji i dialogu.